Leviathan na Netflix: Steampunkowa I wojna światowa z anime, które nie wykorzystuje swojego potencjału

Netflix wypuszcza nowe anime Leviathan, które miało połączyć klimat steampunku z realiami I wojny światowej, ale… nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Produkcja powstała na bazie serii książek Scotta Westerfelda i na pierwszy rzut oka zapowiada się naprawdę ciekawie. Genetycznie modyfikowane zwierzęta kontra steampunkowe mechy? To brzmi jak przepis na widowiskowe walki i nietypowe podejście do historii. Jednak czy to wystarczy, żeby przyciągnąć na dłużej? Sprawdź, co czeka widzów w nowym anime od Netflixa!
- Anime Leviathan na Netflix – steampunk i I wojna światowa
- Genetycznie modyfikowane zwierzęta i mechy w akcji
- Skupienie na młodzieżowym romansie i uproszczonej fabule
- Czy potencjał alternatywnej historii został wykorzystany?
- Premiera wszystkich 12 odcinków już 10 lipca
Leviathan – steampunk, wojna i… przyjaźń?
W Leviathan świat I wojny światowej został przerobiony na alternatywną rzeczywistość. Mamy tu dwa przeciwstawne obozy: Aliantów, którzy używają genetycznie modyfikowanych zwierząt jako broni i środków transportu, oraz Centralnych, którzy stawiają na steampunkowe mechy. Brzmi świeżo? Tak, ale niestety, anime zamiast wejść głębiej w realia wojny, skupia się głównie na prostej historii o sile przyjaźni i miłości ponad podziałami.
Start z przytupem, potem coraz mniej pary
Pierwsze odcinki naprawdę wciągają – poznajemy Aleksandra, syna arcyksięcia Ferdynanda, który musi uciekać po zamachu na ojca. Towarzyszą mu groźny hrabia Volger i troskliwy mechanik Klopp. W tle – wybuch wojny i pierwsze starcia. Jest napięcie, są emocje, a bohaterowie muszą szybko dorosnąć. To naprawdę dobrze zrealizowane otwarcie, które daje nadzieję na więcej!
Nietypowa wojna i oryginalne pojazdy
Po drugiej stronie barykady mamy Deryn Sharp – szkocką dziewczynę, która podszywa się pod chłopaka, by dostać się do wojska i spełnić marzenie o lataniu. W świecie Leviathan lata się na ogromnych meduzach i wielorybach-sterowcach, a walka toczy się z udziałem bombowych nietoperzy i ptaków. Studio Orange (znane z Beastars i Trigun Stampede) zadbało o efektowną, kolorową animację 3D.
Spotkanie Aleksandra i Deryn to początek klasycznej opowieści o przyjaźni i ukrywanych sekretach. Mamy też wątek miłosny, który przypomina trochę Mulan – Deryn nie wie, jak wyznać uczucia, by nie zdradzić swojej tożsamości, a Aleksander jest zaskakująco nieświadomy sytuacji.
Im dalej od frontu, tym mniej historii
Niestety, im dalej od linii frontu, tym akcja wyraźnie zwalnia. Każda część serii to osobny mini-arc (po cztery odcinki na książkę), a najlepsze momenty znajdziesz w pierwszych epizodach. Przygoda w Stambule (drugi arc) daje kilka fajnych wizualnie momentów – zobaczysz tu zwariowaną technologię osmańską i potwory morskie, ale większość czasu to rozważania Aleksandra o tym, jak być dobrym władcą. W trzecim arcu akcja jest już mocno pospieszona, a motywacje czarnych charakterów są płaskie i jakby wyjęte z innej epoki.
Za mało wojny, za dużo uproszczeń
Choć pomysł na świat jest świetny, Leviathan nie pokazuje zbyt wiele z realiów wojny. Brakuje tu autentycznych bitew, nie widzimy, jak wyglądałaby wojna okopowa z mechami czy genetycznymi niedźwiedziami na froncie. Chciałoby się zobaczyć więcej szczegółów – choćby jak w tym świecie działa gaz bojowy albo czy wyższy poziom technologii skraca i zaostrza walki. Zamiast tego bohaterowie biegają z uroczym zwierzakiem, próbując „zakończyć wojnę przez przyjaźń”.
Wielu postaciom brakuje głębi. Główne przesłanie jest bardzo proste: wojna jest zła, a pokój jest dobry. Postaci takie jak Volger, najbliższy ochroniarz Aleksandra, wolą po prostu się ukryć niż walczyć. Brakuje tu argumentów, dlaczego inni w ogóle chcą walczyć, a śmierci żołnierzy pokazane są bardzo delikatnie – czasem tylko przez upuszczony hełm.
Cytat z tekstu: „Byłbym zadowolony, gdyby wyższy poziom technologiczny oznaczał, że walki są krótsze i bardziej krwawe niż w rzeczywistej I wojnie światowej, ale w serialu nie ma na to żadnych wskazówek.”
Podsumowanie: dla kogo jest Leviathan?
To anime celuje raczej w młodszych widzów i miłośników lekkich przygodówek niż fanów mocnych wojennych klimatów. Jest tu sporo ślicznych scenek, muzyka od Nobuko Toda i Kazumy Jinnouchiego (znanych z Ghost in the Shell), a niektóre motywy przypominają klasyczne anime. Jednak w porównaniu do takich serii jak Avatar: The Last Airbender, gdzie wojna, emocje i rozwój bohaterów są na pierwszym planie, Leviathan wypada płasko.
Premiera wszystkich 12 odcinków już 10 lipca na Netflix. Jeśli chcesz przekonać się sam, czy to steampunkowa alternatywa dla klasycznych anime, koniecznie sprawdź trailer:
Czy warto? Jeśli szukasz lekkiej przygody z nutką steampunku i nietypowych zwierzaków – czemu nie. Ale jeśli liczysz na głęboką historię wojenną, możesz poczuć niedosyt.

