FBC: Firebreak – nowa gra od Remedy to powtarzalny etat zamiast zabawy? Sprawdzamy, co poszło nie tak!

Jeśli kiedykolwiek czułeś, że gry wideo przypominają pracę na etacie, to FBC: Firebreak od Remedy Entertainment jest tego najlepszym przykładem. Nowy, wieloosobowy spin-off Control potrafi zaskoczyć, rozbawić, ale też szybko zamienić się w powtarzalną rutynę, która bardziej przypomina obowiązek niż rozrywkę. Co poszło nie tak i czy warto dać tej produkcji szansę? Sprawdźmy!
- FBC: Firebreak – satyra na biurową codzienność
- Progresja i powtarzalność zadań
- Różnorodność wrogów i narzędzi
- Ocena rozgrywki solo i w grupie
- Co czeka graczy po premierze?
FBC: Firebreak – biurowa praca w świecie Control
Już pierwsze minuty w FBC: Firebreak mogą rozbawić – zwłaszcza, gdy giniesz pod naporem… karteczek samoprzylepnych. Tak, tu nawet zwykłe biurowe memos mogą być śmiertelnym zagrożeniem! Niestety, im dalej w las, tym śmiech ustępuje miejsca znużeniu. Po kilku identycznych śmierciach i odhaczaniu kolejnych zadań, całość zaczyna przypominać pracę na etat – wykonujesz te same czynności, zbierasz skromne nagrody i powtarzasz wszystko od nowa, tylko po to, by odblokować kolejne (często mało ekscytujące) ulepszenia.
Co robisz w Firebreak?
W każdej misji lądujesz w The Oldest House, by rozprawić się z hordami Hiss i rozwiązywać konkretne problemy – od niszczenia różowego szlamu, przez walkę z lepkimi karteczkami, aż po zbieranie zmutowanych pereł od gigantycznych pijaw. Wszystko to podlane jest biurowym humorem, a kabiny prysznicowe leczą każdą przypadłość – od poparzeń po przyklejone notatki. Gra bawi, szczególnie w grupie, ale niestety tylko na początku.
Powtarzalność i brak progresji
W odróżnieniu od najlepszych gier live-service, Firebreak nie daje poczucia postępu. Wszystko pokazuje już na starcie i potem niewiele się zmienia. Nowe tryby czy cele? Brak. Nowe historie? Też nie. Gra stawia wyłącznie na wykonywanie zadań i grind, przez co szybko można się znużyć.
Sprzęt, zestawy i wrogowie – jest różnorodność?
Do wyboru masz trzy zestawy narzędzi: ogromny klucz francuski, Splash Machine (wodna broń) oraz Jump Tool (narzędzie do generowania ładunków elektrycznych). Każdy z nich ułatwia fragment misji, ale po kilku grach ich nowość znika. Wrogowie? Tu niestety jest jeszcze gorzej – większość to zwykli, zombie-podobni Hiss, czasem pojawi się ktoś z bronią lub bardziej wytrzymały przeciwnik. Dopiero na wyższych poziomach trafisz na coś bardziej oryginalnego, jak humanoidalny potwór zrobiony z karteczek samoprzylepnych.
Brak strategicznej głębi
W przeciwieństwie do takich tytułów jak Left 4 Dead, gdzie mapa i typ wroga zmuszają do planowania, w Firebreak nie ma miejsca na taktykę. Mapy są monotonne, zagrożenia przewidywalne, a wybór broni sprowadza się głównie do szybkości przeładowania. Nawet nowe perki czy ulepszenia niewiele zmieniają w rozgrywce – większość z nich to standardowe bonusy typu szybszy sprint czy mocniejsza tarcza, a naprawdę oryginalnych dodatków jest jak na lekarstwo.
System nagród – grind na całego
Każdy perk kosztuje punkty zdobywane za misje i zbieranie plików badawczych, ale nawet najlepszy wynik daje ich niewiele. Co gorsza, żeby odblokować nowe bronie czy granaty, musisz przejść przez całą stronę ulepszeń, wydając punkty również na kosmetyczne dodatki, które mogą Cię w ogóle nie interesować. To klasyczny grind bez satysfakcji – zanim zdobędziesz coś ciekawego, możesz już mieć dość tej gry.
Czy warto zagrać?
FBC: Firebreak to tytuł z ogromnym potencjałem na start, ale z bardzo płytką zawartością i powtarzalnością, która szybko nuży. Owszem, jako gra live-service może się z czasem poprawić, ale na premierę najlepiej podchodzić do niej w krótkich sesjach – inaczej szybko się wypalisz. Premiera już 17 czerwca na Windows PC, PlayStation 5 i Xbox Series X.



